wtorek, 4 marca 2008

Ja i inne Ja...

czyli co o mnie powiedzą...
Ponieważ dla naszego "Ja" jesteśmy wstanie stworzyć dowolną okoliczność opisującą nasze "Ja" jako złe jak i wspaniałe. A do tego inne "Ja" biorące udział w sytuacji jest sobie wyrobić opinie o naszym "Ja" w równie skrajnym zakresie. To czy jest sens dostosowywać się do tego co inne "Ja" sobie o nas pomyślą?
Dla jednych jest to bardzo duży sens, by być "odpowiednio", "poprawnie" postrzeganym przez innych w ramach dziwnych wzorów, nawyków wyniesionych z domu, kościoła, grupy społecznej czegokolwiek innego kształtującego naszą opinię, że coś wypada coś nie wypada, że jak się zachowujemy tak czy siak to jest lepiej lub gorzej. Dla niektórych z nas jest to poważne zadanie by być postrzeganym "jak trzeba" w jak największym gronie.
Taki przykładem w naszym jakże katolickim kraju, jest chodzenie i wysyłanie dzieci do kościoła co niedziele. I nie ważne że dziecko nie ma pojęcia po co tam chodzi, ważne żeby poszło, bo jak nie pójdzie to co sobie ksiądz, sąsiedzi, znajomi o nas pomyślą. Przecież trzeba uchodzić za katolicką rodzinę. Najciekawsze są takie zachowania, rodzin w których rodzice do kościoła nie chodzą, ale dziecko jest lepiej wysyłać, żeby nie miało problemów.
I nie ważne, że osoba chodząca co tydzień sumiennie do kościoła, chodzi tylko po to żeby sąsiedzi nie mogli się przyczepić i powiedzieć, że nie chodzi. Niektórzy chodzą tylko po to by pokazać, że chodzą i jak są ubrani. Ale jakby mniejsza o to.
Inni z nas przestrzegają norm społecznych czy wzorców zachowania i nie przejmują się reakcją innych, po prostu zachowują się tak jak się nauczyli lub uważają, że jest dobrze dla nich jak i dla innych.
Kolejna grupa nas nie stosuje się do norm społecznych lub ich nie zna dlatego im wszystko jedno czy to co robią szkodzi, przeszkadza, pomaga, śmieszy, denerwuje innych, są sobą niezważając na nic.
Chyba ostatnią grupą są tacy z nas którzy chcą koniecznie udowodnić, że robienie na przeciw wszystkim i wszystkiemu jest najlepsze i trzeba to udowodnić każdemu.

Nasze "Ja" żyje w pewnym otoczeniu, które ma określone schematy zachowań. Pewne z tych zachowań są powszechnie znane, inne są znane tylko w pewnych kręgach.
Chodzenie nago po ulicy, jest ogólnie uważane za nie przyzwoite i nie powołane i większość z nas tego nie robi, w obawie przed tym "co inni powiedzą", że będą się śmiać wytykać palcami itp.
Pozostawianie po sobie śmietnika jest też nie przyzwoite i nie powołane, ale tu już jest gorzej, bo niektórzy śmiecą po to żeby się wykazać dobrocią dla innych. Bo jak śmiecą to ktoś będzie miał pracę, żeby po nich posprzątać, (jak by nie mógł w zamian czegoś stworzyć np)
Każde "Ja" ma swoją świadomość moralną i zachowuje się w zgodzie z tą moralnością.
Moralność może być określana przez to "co ludzie powiedzą" wtedy jakby nie mamy własnego zdania czy to co robimy jest dobre dla nas i dla innych. Najlepiej sie dostosować i być "w porządku".
Kiedy wiemy, że nasze ubranie, zachowanie jest dobre dla nas i nie powinno nikomu przeszkadzać. tworzymy własną świadomą odrębność naszego "Ja". Wiemy wtedy, iż jesteśmy właśnie tacy i takimi chcemy być, niezależnie czy to się komuś podoba czy nie.
Bo jeżeli nasze "Ja" jest kobietą, chce pójść na dyskotekę, w stroju wyzywającym i tańczyć tak jak chce tańczyć. To znajdzie się ktoś kto pomyśli/powie, że się dobrze bawi i świetnie wygląda, są i tacy co pomyślą, że zachowuje się jak "dziwka".
Czy tańcząc na ulicy, część obserwatorów pomyśli że dziwak inna część ,że wariat inna część, że radosny człowiek przepełniony szczęściem. A jak jest wie tylko osoba która tańczy i w sumie tylko ona.
Co zrobić gdy jest to źle odbierane? Najczęściej jest źle odbierane przez osoby które albo mają bardzo utwardzone swoje przekonania, że czegoś nie wypada, albo osoby, który nie mają na tyle odwagi by zrobić to samo. Innym powodem może być dobro tego "Ja", które chce zrobić coś głupiego i nie docierają do niego konsekwencje.

Bywa i tak, że zewnętrznie stwarzamy pozory zgody i dostosowania, a jak większość nie widzi robimy to czego "nie wypada".

Więc czy warto przejmować się tym co powiedzą inni? Jeżeli mają obawy o nasze zdrowie myślę, że tak, warto zapoznać się z ich opinią i ją rozważyć. W innym wypadku i tak znajdą się osoby, które nas zbesztają i osoby które będą podziwiać nasze zachowanie, czy odwagę.
W sumie gdyby ludzie zachowywali się cały czas tak samo i nie łamali pewnych schematów, to chyba nadal bylibyśmy w jaskiniach.

Dla mnie dobrą zasadą jest:
Bądź sobą, ale miej na uwadze dobro swoje jak i innych.

sobota, 1 marca 2008

Ja...

czyli kim lub czym jestem...
Chciałem napisać o relacjach ale wchodząc na blog alutki dostrzegłem temat "kim jestem" i jak wiele tematów, ten wydał mi się właściwszym aby zacząć od określenia "kim jestem" zanim przejdę dalej.
Co to za twór który można nazwać "Ja"?
Na "Ja" można złożyć wiele różnych elementów, takich jak:
  • imię i nazwisko
  • płeć
  • narodowość
  • wiek
  • ciało i jego wygląd a w tym:
    • wzrost
    • waga
    • kolor:
      • oczu
      • skóry
      • włosów
    • kształt:
      • stóp, podudzi i ud
      • pośladków
      • narządów
      • brzucha
      • pleców
      • klatki piersiowej
      • dłoni, ramion i przedramion
      • głowy
      • oczu
      • nosa
      • uszu
  • przynależność do grupy osób (rodziny, środowiska)
  • określenie przez normy
  • poglądy
  • emocje
  • postrzeganie świata
  • wierzenia
  • sposób ubierania
  • zachowanie
  • doświadczenie
  • zainteresowania
A także pewnie wiele innych elementów, które można powiedzieć, że nas określają.
Możemy powiedzieć albo dowiedzieć się, że nasze "Ja" jest takie czy inne porównując je z innymi "Ja". A co jeśli, każde "Ja" wyglądało by tak samo? Na szczęście dla jednych, na nieszczęście dla innych każde "Ja" jest różne i chociaż czasem może wyglądać podobnie, zawsze ma chociażby inne doświadczenia, inny punkt widzenia.
Poprzez to, iż mamy punkt odniesienia, możemy powiedzieć, że jesteśmy tacy czy tacy, grubi lub chudzi, wysocy lub niski, piękni lub brzydcy, mądrzy bądź słabo rozgarnięci, pracowici bądź leniwi, spokojni lub zdenerwowani itd. Możemy też stwierdzić jacy nie jesteśmy.
Ponieważ świat to nieograniczony zbiór możliwości dzięki któremu możemy doświadczyć naszego piękna jak i brzydoty, mądrości jak i pustki, pracowitości jak i lenistwa, lepszego jak i gorszego samopoczucia, siły i słabości, zdenerwowania i spokoju, cierpliwości i niecierpliwości itd.
Wszystko jest względne i relatywne.
Dzięki tej względności, nie można określić co jest w naszym odczuciu lepsze. Nasuwa się sugestia, że lepiej być pięknym, bogatym, mądrym, pracowitym, inteligentnym itp. Ogólnie, pewnie lepiej.
Ale są sytuacje w których lepiej, być brzydkim, szarym i leniwym.
Dla adoratora(rki) lepiej być pięknym i atrakcyjnym, dla napastnika lepiej być brzydkim i nieatrakcyjnym. Lepiej być pracowitym, by dobrze wywiązywać się ze swojej pracy, ale również lepiej być leniwym by pewnych prac nie dostać. Bycie leniwym jest lepsze gdy dzięki temu potrafimy coś usprawnić w naszej pracy czy działaniu. Lepiej być odważnym, i uratować komuś życie, a i lepiej być tchórzem i nie pchać się w niebezpieczne sytuacje.
Jest wiele sytuacji, które określają nasze "Ja" w każdym możliwym aspekcie. Do tego dla każdego z uczestników danej sytuacji aspekt może być różny. Dodatkowo w czasie punkt widzenia może się zmienić.
To co nas określa, nie jest trwałe i jednoznaczne. Można powiedzieć, że jesteśmy i nie jesteśmy tym co nas opisuje. Jeśli by zebrać wszystkie możliwe opisy i nasze odczucia w stosunku do siebie oraz innych, jak i opisy i odczucia otoczenia w stosunku do nas w jeden punkt czasu i przestrzeni, to uzyskalibyśmy wszelki zbiór wszystkich możliwych kombinacji określających nasze "Ja".
Czym zatem jest nasze "Ja", jeżeli jest wszystkim co nas może określić?
Aby móc określić czym jesteśmy lub nie nasze "Ja" zostało obdarzone świadomością oraz możliwością podejmowania decyzji. Dzięki świadomości możemy stwierdzić jakie aktualnie określenie pasuje do naszego "Ja" w danej sytuacji. Dzięki świadomości i zmianie decyzji możemy też przypisać i spowodować inny sposób bycia czy postrzegania naszego "Ja" przez siebie jak i przez innych w danej sytuacji.
W większości przypadków, nasze zachowanie nie jest analizowane i jest zachowaniem podświadomym, które jest określone doświadczeniem z poprzednich sytuacji.

Przykład: Nasze "Ja" jest kierowcą samochodu. Samochód łapie kapcia. Zatrzymujemy się w środku niczego. Załóżmy, że nasze "Ja" nie miało okazji zmieniać koła, dlatego w pierwszym odruchu, będzie szukać pomocy kogoś kto ma większe doświadczenie, do tego może się zdenerwować bo właśnie śpieszy się na spotkanie, a tu takie nieszczęście. Takie zachowanie w stylu, jest zachowaniem podświadomym. W momencie kiedy nasze "Ja" włącza świadomość zaczyna oceniać sytuację. Wtedy następuje decyzja czy pozostajemy "Ja" czekającym na wsparcie i denerwującym się, czy "Ja" które potrafi zaradzić i poradzić sobie z sytuacją.

Wynika z tego, że nasze "Ja" może być twórcą. Zasadniczo jest twórcą siebie, tylko robi to świadomie, bądź nie, pozostając obserwatorem. Skoro może stwarzać i określać siebie na miliony różnych sposobów w tej samej sytuacji, to musi być czymś naprawdę niezwykłym i potężnym. Ale nasze "Ja" nie jest jedynym "Ja" na świecie. Ponieważ inne "Ja", mają z reguły takie same możliwości określania siebie, nasze "Ja" jest częścią czegoś większego.
Czego? Pozostawiam tymczasem do własnej refleksji.

})i({ Bądź Cudowności Cudem })i({,
zlepkiem Atomów o Nieskończonych możliwościach

piątek, 29 lutego 2008

Informatycznie z dnia.

Taka uwaga dla osób sprzedających dyski twarde osobno lub z komputerem czy laptopem.
Dzisiaj dostałem zakupiony używany dysk. I tak w celach sprawdzenia, postanowiłem sprawdzić czy się da odzyskać dane z dysku po sformatowaniu i zmianie partycji na jedną.
Otóż po analizie spokojnie dało się odzyskać wszystkie dane.
Zalecenie...
zanim sprzedaż swój dysk:
  • skasuj wszystkie dane
  • wypełnij dysk danymi nic nie znaczącymi (np. jakimś wielkim plikiem, plikiem tekstowym typu "jdfiuhnfsui huybx2 ", jakimś ogólno dostępnymi plikami, tworząc kopie pliku albo podkatalogi) (im większy dysk tym większy problem ;) do wypełnienia)
  • po wypełnieniu dysku przeprowadź defragmentacje dysku
  • wykonaj pełne formatowanie dysku.
  • można jeszcze zmienić format na pojedyncze partycje i przeprowadzić kolejne formatowanie
Po co to? teoretycznie po nic, bo jeżeli dysk trafi do kogoś nie mającego pojęcia o odzyskaniu danych albo do osoby która tego nie zrobi np z przyczyn etycznych. Gra jest jednak warta świeczki, bo jak dane trafią do osoby która ma pojecie jak odzyskać dane i co z nimi może zrobić, to możemy mieć przegląd maili, konta bankowego. wszelkich pozostawiony i trzymanych kont i haseł.
Można też skorzystać z programów teoretycznie czyszczących skutecznie dysk. Ale nie badałem tych programów, więc nie wiem jaka jest ich skuteczność.

Kamyk wdzięczności...

czyli przypominacz...
Pomysł wzięty z filmu "the Secret".
Znajdujemy sobie kamyk, mały śliczny taki, że wiemy iż pasuje on do nas. Tak intuicyjnie wystarczy patrzymy trzymamy w dłoni i wiemy "ten".
Do czego taki kamyk?
Kamyk służy do tego żeby nosić go w kieszeni, lub w miejscu w takim z którego będziemy go wyjmować i mieć z nim kontakt co jakiś czas. Nie wiem czy torebka sie nadaje, bo nie mam doświadczeń w kwestii ale jak będziemy pamiętać żeby go wyjąć i położyć np.: na biurku, stoliku nocnym itp.
Kamyk jak wskazuje nazwa ma pomagać w utrwalaniu odruchu wdzięczności.
Jak stosować kamyk.
Rano wkładamy kamyk do naszej kieszeni torebki lub tego z czym się będziemy szlajać po okolicy.
Wieczorem wykładamy kamyk na szafkę, biurko lub gdziekolwiek.
Po co tak wkładać i wykładać?
To, że wkładamy i wykładamy daje nam okazje do tego by mieć kontakt z kamykiem minimum 2 razy dziennie. Za każdym razem kiedy mamy kontakt z kamykiem, sięgając do kieszeni lub torebki myślimy sobie za co jesteśmy wdzięczni, za co dziękujemy.
I tak np. wyjmując kamyk wieczorem rozważamy i czujemy wdzięczność za to co przydarzyło nam się w ciągu dnia. Wkładając kamyk rano odczuwamy wdzięczność np za to że: jesteśmy, jest piękna pogoda, mamy ciepła wodę, pyszne śniadanie, zdrowie nasze i naszej rodzinny lub poprawę zdrowia, prace. Za wszelkie radości i wyzwania.
No ale może się zdarzyć iż sięgając po do naszego przechowywacza kamyka w ciągu dnia mamy z nim kontakt, wtedy też odczuwamy wdzięczność, nawet jeśli jesteśmy wzburzeni czy się śpieszymy. Chwilka wdzięczności za piękny dzień lub za siły i szybkość którą musimy się wykazać by sprostać wymaganiom dnia, za mały sukces np w dotarciu na miejsce.
Oczywiście każdy ma swoje podziękowania i jest to kwestia indywidualna, grunt w tym żeby podążać i dziękować za dobre rzeczy a nie np za to, że komuś się coś nie udało. Jeżeli będziemy ćwiczyć wdzięczność z dobrymi intencjami, z zasady "energia podąża za uwagą" zaczniemy dostrzegać więcej dobrego w okół siebie.

poniedziałek, 25 lutego 2008

Planowanie...

czyli włóż najpierw duże kamienie...
Zacytuje powszechną historię, opisującą to zjawisko, która w zupełności odzwierciedla jak budować swoje cele.


Pewnego dnia stary profesor został zaangażowany, aby przeprowadzić kurs dla grupy dwunastu szefów wielkich koncernów amerykańskich na temat skutecznego planowania czasu. Kurs ten był jednym z pięciu modułów przewidzianych na dzień szkolenia. Stary profesor miał więc do dyspozycji tylko jedną godzinę, by wyłożyć swój przedmiot.
Stojąc przed tą elitarną grupą (która gotowa była zanotować wszystko, czego ekspert będzie nauczał), stary profesor popatrzył powoli na każdego z osobna, następnie powiedział: "Przeprowadzimy doświadczenie". Spod biurka, które go oddzielało od studentów, wyjął wielki dzban (o pojemności 4 litrów), który postawił delikatnie przed sobą. Następnie wyjął około dwunastu kamieni wielkości piłki do tenisa i delikatnie włożył je kolejno do dzbana. Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwe było dorzucenie jeszcze jednego kamienia, podniósł wzrok na swoich studentów i zapytał:
„Czy dzban jest pełen?" Wszyscy odpowiedzieli: "Tak".
Poczekał kilka sekund i dodał: "Na pewno?". Następnie pochylił się znowu i wyjął spod biurka naczynie wypełnione żwirem. Delikatnie wysypał żwir na kamienie, po czym potrząsnął lekko dzbanem. Żwir zajął miejsce miedzy kamieniami... aż do dna dzbana. Stary profesor znów podniósł wzrok na audytorium i zapytał: "Czy dzban jest pełen?" Tym razem świetni studenci zaczęli rozumieć.
Jeden z nich odpowiedział: "Prawdopodobnie nie".
"Dobrze" odpowiedział stary profesor.
Pochylił się jeszcze raz i wyjął spod biurka naczynie z piaskiem. Z uwagą wsypał piasek do dzbana. Piasek zajął wolną przestrzeń miedzy kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał: "Czy dzban jest pełen?" Tym razem, bez zająknienia, świetni studenci odpowiedzieli chórem: "Nie".
"Dobrze" odpowiedział stary profesor.
I tak, jak się spodziewali, wziął butelkę wody, która stała na biurku i wypełnił dzban aż po brzegi. Stary profesor podniósł wzrok na grupę studentów i zapytał: "Jaką wielką prawdę ukazuje nam to doświadczenie?"
Niegłupi, najbardziej odważny z uczniów, odpowiedział: "To pokazuje, że nawet jeśli nasz kalendarz jest całkiem zapełniony, jeśli naprawdę chcemy, możemy dorzucić więcej spotkań, więcej rzeczy do zrobienia".
"Nie" odpowiedział stary profesor - "Nie o to chodziło".
"Wielka prawda, którą przedstawia to doświadczenie, jest następująca: Jeśli nie włożymy kamieni jako pierwszych do dzbana, później nie będzie to możliwe!".
Zapanowało głębokie milczenie, studenci uświadomili sobie oczywistość tego stwierdzenia. Stary profesor zapytał:
"Co stanowi kamienie w waszym życiu? Wasze zdrowie? Wasza rodzina? Przyjaciele? Zrealizowanie marzeń? Robienie tego, co jest waszą pasją? Nauka? Odpoczynek? Czas? Albo jeszcze coś innego? Należy zapamiętać, że najważniejsze jest włożyć swoje KAMIENIE jako pierwsze do dzbana, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegrać... własne życie. Jeśli damy pierwszeństwo drobiazgom (żwir, piasek), wypełnimy życie drobiazgami i nie będziemy mieć wystarczająco dużo cennego czasu, by poświęcić go na ważne elementy życia. Zatem nie zapomnijcie zadać sobie pytania: "Co stanowi kamienie w moim życiu?" Następnie, włóżcie je na początku do waszego dzbana (życia)" Przyjacielskim gestem dłoni stary profesor pozdrowił studentów i powoli opuścił salę...

niedziela, 24 lutego 2008

Konsekwencja...

czyli ćwiczenie czyni mistrza...
Łatwo powiedzieć gorzej zrobić zwłaszcza jeśli nasze uzależnienie od naszego "dobrego" stanu jest na tyle silne, że przełamanie go wymaga wielu dni, konsekwentnego podejmowania decyzji.
I chociaż mamy nasze wspaniałe cele i marzenia, bez konsekwentnego działania i pilnowania naszego kierunku wszystko to się rozjedzie. Najpierw jakoś tak wyjdzie, że zamiast zrobić, to co przybliża nas do naszego celu znajdziemy sobie coś innego. Obejrzymy film, spotkamy się ze znajomymi, przeczytamy książkę, cokolwiek co zajmie nam czas tak aby można było się wykręcić.
Bo już trzeba iść spać, bo jeszcze trzeba zrobić coś ważnego do pracy, albo z kimś porozmawiać.
Jakoś tak wychodzi, że przy konsekwencji przez ostatni tydzień, dwa, albo nawet trzy przychodzi dzień takiego rozmycia. Tak czy inaczej nasza konsekwencja zostaje poddana próbie. I to nie jest jedyna próba do powrotu do starego "dobrego". Jeden raz nasze działanie konsekwentne się rozmyje. Następnie albo już to wystarczy albo podejmiemy kolejne konsekwentne działania.
Najczęściej zaraz po pierwszym rozmyciu po kilku dniach przychodzi następne, a później kolejne.
Dochodzi do tego, że nasz cel się rozmywa mimo, że wykonujemy wiele niepotrzebnych i ogólnie marnujących czas, chociaż najczęściej przyjemnych dla nas czynności. Jedyny stan w którym robimy coś co nas absorbuje, a zasadniczo nie przynosi jakiegoś efektu typu poszerzenie wiedzy w znacznym stopniu jest tak zwane zamkniecie w astralu. Jest to jakby taki trans, stan w którym się w pełni się skupiamy na tym co robimy. To jest przeważnie kolejny etap na zniwelowanie obranego przez nas kierunku. Popadamy w taki letarg umysłowy. I zamiast poświęcić, te kilka chwil na podbudowanie naszej wizji na doładowanie naszego projektora energią albo przećwiczenie tego co chcemy udoskonalić, zatapiamy się w nic nie wnoszących dla nas czynnościach.
Przychodzi mi taki przykład, iż zmiana i konsekwentne dążenie w danym kierunku jest jak u alkoholika zerwanie z nałogiem. Kiedy alkoholik czy palacz zrywa z nałogiem i chce to zrobić skutecznie, to wie, że jeśli pozwoli sobie na mały kieliszek, dwa dymki to szybko wróci do tego co było. Najpierw będzie piwko, papierosek tak dla towarzystwa, a później dwa piwka wódeczka, papierosek dla towarzystwa częściej itd. Po kilku tygodniach albo szybciej powrót do tego co było.
Naszym uzależnieniem jest nasze "dobre" życie. I chcąc zmienić kierunek naszego widzenia siebie czy sposobu działania, sposobu widzenia i postrzegania świata w pewien sposób zrywamy z naszym "dobrym" nałogiem. Lata przyzwyczajeń i postrzegania świata są tak ukorzenione, iż wyrwanie ich wymaga, wielkiego skupienia i odpowiedzialności za to co chcemy osiągnąć, za podążanie w zadanym kierunku.

Właśnie przyszła mi taka myśl aby w widocznym miejscu najlepiej obok naszej tablicy albo na niej zadać sobie pytania.
Czy zrobiliśmy to (to co sobie zaplanowaliśmy robić, w celu osiągnięcia naszego celu)?
Jeśli nie, zrób to TERAZ.
Czy pomyślałeś(aś) o sobie (w sposób w jaki chcesz o sobie myśleć)?
Jeśli nie, zrób to TERAZ.
Czy pomyślałeś o swojej rodzinie przyjaciołach, bliskiej osobie w miły sposób?
Jeśli nie, zrób to TERAZ.
itd.
Odpowiedź na kolejne pytania wtedy kiedy je zobaczysz. I jeżeli nie planujesz sobie codziennego kopania ogródka albo prac, które wymagają specyficznych warunków jak ciepły dzień czy tym podobnych. A właśnie owe warunki są nie sprzyjące zróbmy to co możemy zrobić np. zaplanujmy kolejne działania przygotujmy narzędzia itp.

Jeżeli nie pomyśleliśmy o czym pomyślmy TERAZ. Kilka myśli nie zawali nam planu dnia.

Odpowiedź powinna być uczciwa jeśli chcemy mieć podstawę do tego aby uważać nasze słowo za ważne i mieć szacunek dla samych siebie. Jak inni mają nas szanować i liczyć na nasze zdanie, jeśli sami sobie nie możemy zawierzyć. Co prawda lepiej jest zrobić i być konsekwentnym w swoim działaniu dla kogoś innego niż dla samych siebie. Ale to my jesteśmy najważniejsi dla siebie.

Czy pomyślałaś(eś) o sobie, że jesteś wspaniałą cudowną osobą? Zrób to TERAZ.
Czy pomyślałaś(eś) o dziś, że kochasz siebie? Zrób to TERAZ.
Czy podziękowałaś(eś) sobie, za jesteś? Zrób to TERAZ.

czwartek, 21 lutego 2008

Chciała bym, ale boję się...

czyli uzależnienie czy siła nieznanego...
Na początku był chaos.... (cytując filozofów)
Zacznijmy od początku... gdy byliśmy w łonie naszej mamy. w którymś dniu uzyskujemy świadomość chociaż niewielu z nas to pamięta, jeśli w ogóle można powiedzieć, że mamy świadomość. Ale niektórzy dowodzą, że można mieć skrzywienia w związku z życiem płodowym. Korzystając z filmu "I kto to mówi", można powiedzieć, że życie bajka rośniemy sobie w ciepełku, papu samo przychodzi, miło przytulnie sympatycznie. Słyszymy głosy i przyzwyczajamy się do naszego błogosławionego stanu.
Cześć (jeśli mamy już świadomość) wierzy w życie poza tym wspaniałym światem dla innych to po prostu nie do pomyślenia, że może być inny świat ;). Innymi słowy jedni czekają aż wyjdą, inni chcieli by zostać w miejscu, w którym im tak dobrze.
No ale chcąc niechcąc albo wypychamy się sami albo nam pomagają zobaczyć ten inny świat.
Dla jednych trauma dla innych wyzwanie. Co prawda zimno jasno i biją. Ale sie nawrzeszczymy, nawrzeszczymy i w końcu zaakceptujemy naszą nową rzeczywistość.
Mówią, ze Ci co sami wyszli są bardziej ciekawi świata i bardziej waleczni ;) To tak jak z tą larwą motyla, której jak sie przetnie kokon to już nie będzie miała na tyle silnych skrzydełek (naturalnie rozrywając go), że nie da rady się nauczyć latać.
No, ale jakby mniejsza o motyle, one żyją tylko kilka dni albo mniej. Chociaż, nasze życie średnie z 80 lat (to chyba uśrednienie bardzo w górę) ale powiedzmy, że człowiek żyłby 100lat wiek cały. Czy to dużo? Piramidy stoją około 5 tyś, jak nie 10 tyś lat. Po prawdzie, to raczej nie wiedzą ile i są to raczej domniemania. Więc, średnio jak sie nie wyróżnimy np jak Jezus, nie będziemy królem, czy kimś istotnym w historii, to i tak po 1000 lat raczej o nas zapomną, nic nie przetrwa itd.
(pomijam reinkarnacje, chociaż bądź co bądź i tak nikt nie pamięta kim był i co robił)
Wracając, urodziliśmy się, przyswajamy się do otoczenia rośniemy, naszymi mentorami są rodzice, albo podwórko ewentualnie niania, czy ogólnie nieokreślony zespół ludzi. (Chociaż w pewien sposób określony.) Zostajemy ukształtowani uczymy się rozwijamy, pobadamy w jakieś schematy myślowe. W pewnym momencie albo sami dostrzegamy, że w gniazdku nam nie za dobrze, albo np poprzez studia, czy inne przypadki losowe, wiemy, że takie życie nam nie pasuje. I zmieniamy je idziemy na studia, podejmujemy prace, wyjeżdżamy za granicę. Później się ustatkujemy.
We wszystkich etapach życia, uzależniamy się od czegoś.
Od ludzi, od głównych myśli w rodzinie na dany temat, od zwierzchnictwa kogoś w rodzinie, od typu znajomych od używek, od telewizora, komputera, komórki, od biegania, od aktywności, od danego sposobu na życie.
Wszystko jest OK jeżeli w tych schematach odnajdujemy swój sens i czujemy się zrealizowani.
Przeważnie jest tak, że dzieci praca dom czyli troski dnia codziennego.
Mamy pracę, wpadamy w schemat, mam pracę to super... (co z tego ze skończyłem prawo, architekturę, cokolwiek) mam pracę zarabiam marne grosze... jest super. Mam prace.
Rodzina i szkoła, studia przeważnie przyjmują tryb skończysz studia pójdziesz do pracy. Co prawda może się tego nie odczuwa, ale na to jest ogólne nastawienie.
Tyle że często wybiera się studia z mody, albo dlatego że na lepsze byli inni bardziej chętni.
W każdym razie. Nawet jeśli ktoś, zarabia grubą kasę niekoniecznie musi czuć się zrealizowany. A Ci co wiążą koniec z końcem na ledwo wiążące się supełki.
Przecież gdyby w szkole uczyli przystosowania do życia (niby teraz taki kierunek), mądrości finansowej, sposobów wykorzystania i pomnażania kapitału. W wieku 35 lat każdy powinien mieć wystarczającą ilość środków na dostanie życie, nie mówiąc o tym, że pomnożenie po przodkach by już wystarczało. Ale mamy lud jaki mamy który potrafi zarobić miliardy w krótkim czasie jak i miliardy stracić.
Mamy, więc prace, rodzinę, co część osób zamyka, że jak już mają jaką mają to powinni się cieszyć ze w ogóle mają... Z biegiem lat się przyzwyczajajmy utrwalając w swoich komórkach właśnie takie wzorce energetyczne. I nawet jak pomyślimy że moglibyśmy coś zmienić, to nawet jeśli zmienimy, to na podobne. Ponieważ siła naszego przyzwyczajenia jest tak wielka, że ciągnie nas do naszego dobrego przyzwyczajenia. Bo było jak było ale było dobrze. Jeśli zmienimy diametralnie, naszą prace nasze nastawienie, to i tak trzeba użyć dużej siły woli i mądrości, aby nie wrócić do tego co było.
Zwykli ludzie wygrywają w totolotka wielkie sumy. I bywa to dla nich przekleństwo.
Po pierwsze nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić, bo już nie muszą żyć jak dotychczas.
Po drugie podnoszą swój standard życia, najczęściej nie inwestując albo nie lokując kapitału, który byłby zabezpieczeniem na przyszłość.
Wiele osób, które zdobyły swoje fortuny w ciągu 10 lat stawali się biedniejsi niż zanim je zdobyli. Siła przyzwyczajenia, do tego brak wewnętrznego przystosowania do zmiany, powoduje powrót do tego co było. Bo to znamy było jak było, ale było dobrze...

Inny przykład:
Była sobie babcia, babcia była schorowana już od jakiegoś czasu, rodzina się nią opiekowała itd. sprowadzono szamanów, żeby ją uleczyli. Po wizycie szamanów babcia po kilku dniach zaczęła chodzić, rozmawiać cieszyć się życiem. Przez jakiś czas nikt nic od babci nie chciał, więc było wszystko w porządku. Ale po dwóch tygodniach jak domownicy zobaczyli, że babcia dobrze się czuje, zaczęli prosić babcię, żeby zrobiła to czy tamto. Nie minęły kolejne 2 tygodnia babcia była chora. znów zwracano na nią uwagę, opiekować się itd.
Jest to też przykład na manipulację otoczeniem.
I tak jak uzależniamy się od słodyczy, pracy, papierosów komputerów itd...
Tak uzależniamy się od określonego stylu życia, stylu bycia. Niekoniecznie musimy lubić to jakimi jesteśmy, ale np przynosi to efekt więc dobrze być takim. A później jak to mówią "wchodzi to w krew".
Później nie da się żyć bez tego... a żeby to zmienić trzeba nasz krwiobieg dostosować do nowych celów do nowego widzenia siebie.
faktem jest, że da się to zrobić natychmiastowo. Ale aby to osiągnąć potrzebny jest duży impuls zewnętrzny lub wewnętrzny. Może on być przyjemny bądź nie przyjemny. Grunt ,że jest skuteczny.
Uzależnienie buduje też wątpliwości, ale rzucisz to co robisz, to czym się zatruwasz już od tylu lat, zmienisz swój światopogląd, zaczniesz myśleć o sobie inaczej. Czy chcesz zamienić to co może nawet niekoniecznie dobre, ale znane, na to co nieznane i niby niewiadomo czy dobre czy złe.
Jeżeli ktoś jest w toksycznym związku i tra w nim, cierpi ale trwa, ponieważ myśli, że znalazł(a) swoje wiaderko szczęścia, miłości, i że jak z tego zrezygnuje to mu się nikt lepszy nie trafi.

Dlatego jeśli masz swoje marzenia, sięgaj po nie i wprowadzaj je do swojego krwiobiegu, aby pewnego dnia zauważyć. O jestem innym człowiekiem świat w okół mnie jest taki jaki pragnę.

Ty nad poziomy wylatuj

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga

Łam, czego rozum nie złamie